Featured

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Naznaczeni śmiercią

 
 
Są takie książki, o których robi się naprawdę głośno. Mnóstwo (pochlebnych) recenzji, zachwyceni fani i reklamy wyskakujące na każdym portalu książkowym. Część tak nachalnych kampanii reklamowych mnie zniechęca, a część... wręcz odwrotnie. Jeśli jednak wszyscy przekonują mnie, że dany tytuł to kolejny przełom, zachwycająca i obowiązkowa pozycja, już na starcie mam bardzo wysokie oczekiwania. Tak było w przypadku książki Naznaczeni śmiercią. Czy autorka bestsellerowej serii Niezgodna zachwyciła mnie swoją najnowszą powieścią?

Tytuł: Naznaczeni śmiercią
Autor: Veronica Roth
Wydawnictwo: Jaguar

Przyszłość to wypadkowa wielu czynników. Naszych decyzji, przypadkowych wydarzeń, zbiegów okoliczności. Cały czas się zmienia. Nie można z całą pewnością przewidzieć, jak przebiegnie życie. Ale nie zawsze. Niektórzy, wybrani, są od urodzenia naznaczeni piętnem swojego losu. Nikt nie jest w stanie zmienić tego, co ich spotka. Nawet oni sami. Cyry i Akosa stoją po przeciwnej stronie barykady, są przedstawicielami rodzin, które się nienawidzą. Szybko jednak okazuje się, że ich historie są ze sobą splecione. Każde z nich zostało pozbawione czegoś bardzo cennego i tylko współpraca pozwoli im to odzyskać. Początkowa wrogość przeradza się w coś innego. Potrzebują się, żeby przeżyć, żeby zrealizować swoje plany. Czy to wystarczy, by przetrwać w tym brutalnym świecie?

Roth po raz kolejny zaskakuje misternie skonstruowanym wszechświatem. Cała rzeczywistość, historia czy sytuacja polityczna to niekończące się źródło nowych informacji. Czytając tę powieść, miałam wrażenie, że zostałam wyrwana ze swojego otoczenia i rzucona w zupełnie nowe miejsce. Bez mapy, bez przewodnika. Każde poruszane zagadnienie było tylko początkiem góry lodowej pytań. I chociaż książka ma ponad 500 stron, po jej przeczytaniu wciąż czułam się lekko zagubiona. Świat to za mało! Roth w Naznaczonych śmiercią wykreowała cały wszechświat. Właśnie za to uwielbiam powieści fantastyczne. Podczas gdy w powieści obyczajowej wystarczy zaplanować chwytliwą fabułę, tutaj autor musi jeszcze opracować całą scenerię i odpowiadając sobie na pytania w stylu „czy działa grawitacja”, wciąż pamiętać o spójności, dynamice i bohaterach. Przede wszystkim tych ostatnich nie może „zagłuszyć” swoim dopracowanym światem. To się Roth zdecydowanie udało. Bez chwili zająknienia czy wątpliwości przedstawia nam rzeczywistość tak prawdziwą i tak bogatą, że aż trudno uwierzyć, że jest fikcją.


I chociaż w książkach tego typu świat jest niesamowicie istotny, nie można zapomnieć o bohaterach. Cyry i Akosa to postacie, które budzą sympatię czytelnika już od pierwszych stron. Chociaż dziewczyna kreowana jest momentami na mroczny typ, nie zniechęca nas do siebie. Wręcz przeciwnie – jej działania wzbudziły tylko moje współczucie. Warto zaznaczyć, że historia opowiadana jest z perspektywy obydwu bohaterów, i chociaż jest to zabieg przyjemny w odbiorze, nie wprowadza dodatkowych punktów widzenia czy zawirowań fabularnych.

Jeśli zaś chodzi o zwroty wydarzeń, to w klasycznym tego sensie znaczeniu wystąpiły tylko kilka razy. W większości sytuacji, gdy wątki miały potoczyć się inaczej, niż początkowo było to zapowiadane, bohaterowie przygotowywali nas do tego dokładną analizą tematu. Właśnie dlatego, gdy dochodziło do kulminacyjnego momentu danego działania, nie byłam nim zaskoczona.

Za każdym razem zadziwiało mnie jednak tempo wydarzeń. Cała książka biegnie dynamicznie, jednak gdy przechodzi do wyczekiwanych akcji, wszystko dodatkowo przyspiesza. Ucieczki, walki, porwania – wszystko dzieje się błyskawicznie, a ja nieraz musiałam upewnić się, co tak naprawdę się stało. I z jednej strony wymagało to ode mnie stałej czujności, z drugiej zaś było odrobinę męczące. Nieraz traciłam też zainteresowanie i odkładałam książkę.

Trudno mi powiedzieć dlaczego, ale Naznaczeni śmiercią nie zachwycili mnie tak, jak się tego spodziewałam. Miałam wrażenie, że autorka niepotrzebnie porusza niektóre tematy, inne zaś zupełnie pomija. Zabrakło mi kolejnych perspektyw, np. matki Akosa czy brata Cyry. Ich punkt widzenia mógłby sporo namieszać w fabule, pokazać akcję z innej strony. A tak... mamy ciekawą powieść przygodową w fantastycznym świecie i tylko jedną interesującą relację. Nie trzeba chyba dodawać, że książka kończy się w wyjątkowo interesującym momencie. Co będzie dalej? Tego dowiemy się dopiero w kolejnym tomie!
 
 

piątek, 21 kwietnia 2017

Dobrze Ci tak


Życie słynnego aktora to dopiero sielanka! Szybkie samochody, wieczne imprezy i przepych, od którego aż boli głowa. Bo co tak naprawdę może robić gwiazda? Ładnie wyglądać? Uśmiechać się? To przecież nie jest prawdziwa praca, ale sama przyjemność. Ale czy aby na pewno?

Tytuł: Dobrze ci tak
Autor: Tammara Webber
Cykl: Między wierszami (tom 3)
Wydawnictwo: Jaguar

Dobrze Ci tak to już trzeci tom losów młodego aktora, Reida. Tym razem „przegiął”, nawet jeśli oceniać go zgodnie z miarą celebrytów. Chłopak nie dość, że w stanie dalekim od trzeźwości rozbił nowy samochód, to zniszczył przy tym czyiś dom. Tym razem jego odkupywanie win nie ograniczy się do długiego pobytu w szpitalu. Sąd coraz mniej przychylnym okiem patrzy na aktora i nakazuje mu... odbudować to, co zepsuł. Chłopak ma pomóc charytatywnej organizacji w stawianiu nowego mieszkania. Musi malować, tynkować i kłaść kafelki. Już pierwszego dnia okazuje się, że na budowie czeka go więcej zabawy, niż się tego spodziewał. Dori jest dobra, uporządkowana i grzeczna. Anioł, nie dziewczyna! I właśnie dlatego Raid bierze ją na cel swojego wdzięku. Jednak czy Dory na pewno jest taka święta, jak się wydaje?

Z pewnością nie zwodzi nas okładka książki. Grafika zapowiada lekki, młodzieżowy romans i tak też jest. Już od pierwszych stron wiadomo, że Dori będzie dla Raida nie lada wyzwaniem i w tym klimacie utrzymana jest cała powieść. Chłopak nie działa jednak jak typowy amant, ale gwiazdor w każdym tego słowa znaczeniu. Raz się stara, innym razem traci zapał. Jednym słowem, jest nieprzewidywalny. Ale nie tylko jego kreacja budzi zainteresowanie. Również Dori to dziewczyna zagadka. Niby wszystko o niej wiadomo, najważniejsze jednak kryje nawet przed samym czytelnikiem. Obydwoje mają przed sobą sekrety, których odkrycie może zupełnie zmienić ich relacje? Ale czy na lepsze? A może prawda ostatecznie ich rozdzieli? Ta niepewność sprawia, że historia z czasem robi się coraz ciekawa, a to, co początkowo wydawało się płytkie, staje się przykrywką dla głębszych pobudek.

Przeszłość bohaterów wprowadza nam kilka nieoczekiwanych wątków i zwrotów akcji. Nie zamienia jednak książki w zbiór przemyśleń. Klimat niezobowiązującej, letniej historii, dominuje w powieści i nawet trudniejsze tematy nie mają na niego znaczącego wpływu. Nie oznacza to bynajmniej, że powieść jest płytka, czy niemądra. Pod żadnym pozorem! Pod przykrywką prostej akcji i typowych relacji kryje się ciekawe przesłanie. Jest to jednak klasyczny, lekki i młodzieżowy romans. Taki, po którym chce się uśmiechać z każdego powodu, ale niekoniecznie oddawać kontemplacji wszechświata.

Może właśnie dlatego wątek główny nie będzie dla czytelnika żadnym zaskoczeniem. Niegrzeczny on, grzeczna ona. I miłość w powietrzu. Atmosferę podkręcają pojawiające się co jakiś czas sekrety i niedopowiedzenia. Nie wszystko niestety zostają w pełni wykorzystane. Na początku dowiadujemy się, że Reid nie pamięta nic z wypadku. Czemu? Co tak naprawdę się działo? Ten wątek mógłby zostać interesująco poprowadzony, ale... nie został rozwinięty.

Podsumowując, uważam, że książka dedykowania jest dla nastolatek i w tej grupie z pewnością się sprawdzi. Przystojny aktor i skromna dziewczyna, czy można marzyć o czymś jeszcze? Otóż... tak. Sprawdźcie same, jak burzliwy może być taki związek!



czwartek, 20 kwietnia 2017

Ogniste oczyszczenie

Czasami bliźniacy są do siebie podobni jak dwie krople wody. Inny razem fizycznie nie łączy ich nic. Za każdym razem podkreślana jest jednak ich wyjątkowa więź. Relacje, które nie jest w stanie zrozumieć nikt inny. Bliskość, która powstała się jeszcze przed narodzinami. Czy to dobrze, że ktoś zna nas lepiej, niż my sami? Czy może tę wiedzę źle wykorzystać... i stać się najgorszym wrogiem?

Tytuł: Ogniste oczyszczenie
Autor:  Francesca Haig
Seria: Ogniste oczyszczenie (tom 1)
Wydawnictwo: Uroboros

To nie jest łatwy świat. W tej rzeczywistości bliźniak to przekleństwo, odszczepieniec, ktoś gorszy. Pierwsze dziecko jest zawsze idealne, zdrowe, nazywają je Alfą. Ale to drugie, chorowite, z widocznymi defektami, to parszywa Omega. Nikt nie wie, czemu tak się dzieje, snute są domysły, że w ciele jednego z dzieci zbiera się trucizna. I właśnie dlatego jest zeszpecone. Najłatwiej byłoby je usunąć, ale... bliźniaków łączy niezrozumiała więź. Gdy cierpi jedno, ból odczuwa drugie, gdy umiera pierwsze, jego bliźniak pada bez życia. Zach jest Alfą, Cass Omegą. I chociaż przez wiele lat dziewczynie udaje się ukrywać ten fakt, w końcu prawda wychodzi na jaw. Musi zostać odizolowana jak wszystkie inne Omegi. Jak wpłynie to na relacje rodzeństwa? Czy ambicje polityczne brata stanowią dla Cass zagrożenie? I jak przetrwać w tym okrutnym świecie?

Już od pierwszych stron zachłysnęłam się tą historią, jej barwnością, oryginalnością i solidną konstrukcją. Autorka wykreowana zupełnie nową rzeczywistość, coś niepodobnego do żadnej innej powieści. I robi to w naprawdę solidny sposób. Z każdym dialogiem czy opisem przedstawiana nam brutalny świat i zasadny nim rządzące. Czy to za sprawą obserwacji, czy wspomnień bohaterki, coraz lepiej orientujemy się, o co w tym wszystkim chodzi i wręcz nieświadomie, wsiąkami w historię, którą opowiada.

Akcja Ognistego oczyszczenia biegnie dynamicznie, chociaż nie jednostajnie. Zdarzają się momenty, gdy nasi bohaterzy wpadają w wir wydarzeń, by przez następnie 50 stron zwolnić i oddać się rozmyślaniom. Tych drugich, tak samo, jak opisów, w książce jest całkiem sporo. Muszę przyznać, że jest to naprawdę porządnie opowiedziana historia, niezaniedbująca żadnego z elementów. Zauważyłam ostatnio w fantastyce, zwłaszcza młodzieżowej, tendencję to upraszczania narracji, ograniczania się do dialogów. Ta pozycja była dla mnie jak powrót do klasyki. Dobrze i wszechstronnie opisany świat umożliwiał czytelnikowi lepsze wczucie się w akcje. Z kolei dokładnie przestawiona historia pozwalała lepiej zrozumieć bohaterów.

Jeśli mowa już o postaciach, również ich kreacje zasługują na uznanie. I chociaż podział na dobrych i złych początkowo wydaje się oczywisty, autorka będzie starała się zmącić przyjęte wstępnie rozróżnienie. Na uznanie zasługuje również fakt, że chociaż w historii pojawia się uczucie, nie jest głównym wątkiem ani uzasadnieniem dla większości akcji. Od jakiegoś czasu mam już przesyt fantastyki, która jest tylko scenografią miłosnych trójkątów. Tym razem nacisk położony został na sprawy ważniejsze.

Tym bardziej że poruszane problemy to kwestie, które tylko pozornie nie mają wiele wspólnego z naszym światem. Wczytując się głębiej w fabułę można zauważyć wiele analogii i podobieństw. Podział na mniej i bardziej wartościowych ludzi to temat wiecznie aktualny. Książka daje nam pretekst, by ponownie zrewidować swoje poglądy, patrząc na problem z pozornie bezpiecznej perspektywy.

Ogniste oczyszczenie niesamowicie mnie wciągnęło. To pełna wydarzeń i zwrotów akcji powieść, ale również mądra historia w ciekawie wykreowanym świecie. Idealna zarówno dla młodzieży, jak i dla starszego czytelnika. W takich książkach każdy znajdzie coś dla siebie i każdy wyniesie z niej coś wartościowego.



środa, 19 kwietnia 2017

Mięsne babeczki

Efektowna, ale i prosta przekąska? A może nawet mini obiadek?

Składniki:
  • 12 płatków lasagne
  • 400 g mięsa mielonego
  • 12 łyżek sosu pomidorowego
  • 12 łyżeczek pesto
  • zioła, sól, pieprz

1. Płatki lasagne gotujemy do miękkości al dente.
2. Mięso podsmażamy z przyprawami.
3. Układamy w foremki do muffinek makaron, nakładamy do niego mięso.
4. Całość polewamy sosem pomidorowym i pesto.
5. Pieczemy ok. 15 minut w 180 st.

Przepis wymaga odrobiny pracy manualnej, jednak efekt wart jest wszelkich starań. Stanowi idealną przekąskę, a większej ilości, nawet obiad.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Zły Romeo


Może powiedzieć o nim, że jest arogancki, zapatrzony w siebie i egocentryczny. Niektórzy twierdzą, że ma nierówno pod sufitem, inni wypatrują w nim szaleństwa typowego dla artysty. Jedno jest pewne, ma niesamowity talent i jeszcze większą charyzmę. A to działa na kobiety jak magnez, zwłaszcza na jedną z nich...

Tytuł: Zły Romeo
Autor: Leisa Rayven
Cykl: Starcrossed (tom 1)
Wydawnictwo: Otwarte

Cassie jest nieśmiałą, uroczą dziewczyną. Pochodzi z małego miasta i właśnie dostaje od losu szansę, by zrealizować swoje najskrytsze marzenie. Od tego castingu zależy jej aktorskie być czy nie być. Jest przygotowana, skupiona i zdeterminowana. Nie przewiduje tylko jednego. JEGO. Ethan już pierwszy spojrzeniem skrada jej serce. Związek z nim zaczyna się i kończy równie szybko, co sztuka, którą odgrywają. Romeo i Julia. Gdy spotykają się kilka lat później, okazuje się, że dawna miłość nie odeszła, a emocje znowu zaczynają przejmować główną rolę. Jak przełoży się to na ich pracę? Czy powstanie kolejny dramat?

Narracja w Złym Romeo biegnie dwutorowo. Akcja z teraźniejszości przeplata się ze scenami z przeszłości. Przy czym słowo „sceny” nabierają w tej powieści nowego znaczeni. Bohaterzy to bowiem uczniowie szkoły aktorskiej. Nieustannie coś grają, przed innymi, ale też sobą. Dwutorowa narracja sprawia, że czytelnik stopniowo odkrywa tajemnicę z przeszłości. Na początku wiemy tylko tyle, że coś się wydarzyło i odmieniło życie Cassie. Ale co? Odpowiedź na to pytanie układa się powoli, wraz z postępem fabuły.

Jeśli zaś chodzi o rozwój wydarzeń, to momentami pędzą one na łeb na szyję, by potem raptownie zwolnić i trzymać czytelnika w słodkiej niepewności. Tym razem to nie wydarzenia, a galopujące uczucia stanowią oś akcji. Uczucia, które nie zawsze są racjonalne. Muszę przyznać, że kilka razy miałam ochotę porządnie przetrzepać bohaterce skórę. Innym razem swoim zachowanie doprowadzał mnie do frustracji Ethan. Jedno jest pewne, książka budzi w czytelniku najrozmaitsze emocje.

W Złym Romeo miłość nie jedno ma imię. Przejawia się to również w sferze erotycznej. W naszych bohaterach już od pierwszych stron kiełkuje seksualność, której nie potrafią opanować. To romantyczne napięcie owocuje wieloma pikantnymi scenami. Ale bez obaw, daleko im od wulgarności czy wyuzdania. Za to z pewnością kwalifikują powieść do gatunku Young Adult.

W zgodzie z nurtem pozostaje również nagromadzenie problemów. Głównym dylematem bohaterów jest miłość. Ale poza nią dysponują również sporym bagażem emocjonalnym, który „wypakowują” nam dopiero po jakimś czasem. To przykuwa uwagę czytelnika, który momentami może się czuć znużony ciągłymi zawodami miłosnymi.

Zły Romeo to książka, która idealnie wpasowuje się w kategorię Young Adult. Seks, uczucie, pierwsze dorosłe problemy i rozterki. A do tego sporo humoru i dowcipu. Momentami akcja niepokojąco zwalniała, zaś życiowe dylematy zdawały się zbyt wydumane, ostatecznie jednak powieść okazała się naprawdę ciekawą propozycją, idealną dla miłośników lekkich romansów. Czy to jednak koniec? Nie! To dopiero tom pierwszy. Bo miłość taka jak ta... nie kończy się na jednej części. Jestem bardzo ciekawa, jak dalej potoczą się losy tego związku.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Śmierć to dopiero początek



Wolna wola, możliwość decydowania o własnym losie, poznawania, błądzenia i uczenia się. Prawo decydowania o samym sobie to wartość nadrzędna. Pragnienie wolności od zawsze motywowało ludzkość do rzeczy wielki, od ponadczasowych odkryć, do głośnych rewolucji czy krwawych buntów. Dla nas to sprawa oczywista. A co by było, gdyby najważniejszą decyzję próbowali podjąć za nas inni? Prośby, groźby, szantaże czy przekupstwo? Co by podziałało? I czy w ogóle? Chociaż Firstlife to powieść fantastyczna, stanowi też próbę odpowiedzi na jedno z ważnych pytań. Ile warta jest wolna wola?

Tytuł: Firstlife. Pierwsze życie.
Autor: Gena Showalter
Wydawnictwo: HarperCollins

Życie to nie wszystko, a śmierć jest dopiero początkiem. Dopiero w tym momencie dusza zaczyna istnieć „pełną piersią”. Ale nie tak szybko. Przed swoim pewnym zgonem człowiek musi zdecydować, do której frakcji chce należeć. Ma do wyboru pełną zasad, ale i sprawiedliwości Troje albo nieobliczalną i nieokiełzaną Miriadę. Są jednocześnie zupełnie różne, jak i niesamowicie podobne. Wybór wcale nie jest taki prosty. Tym bardziej że obie strony toczą ze sobą zaciekłą walkę o dominację. Walkę, w której biorą udział również ludzie. Rodzina, przyjaciele, nawet przypadkowo spotkani nieznajomi, każdy z nich będzie próbował przeciągnąć Cię na swoją stronę. Zaczyna się przyjemnie, zachęty i propozycje. A kończy na... torturach. Tenley trafia do jednego z ośrodków, które siłą próbują przekonać do podjęcia decyzji. Ona jednak wciąż nie chce wybrać. Wacha się i doprowadza tym wszystkich do szewskiej pasji. Tym bardziej że jej osoba jest... bardzo cenna. I obie frakcje nie zawahają się zrobić wszystko, by przekabacić ją na swoją stronę. Dosłownie... wszystko.

Czujecie się zdziwieni, zaskoczeni, a może macie mętlik w głowie? Zastanawiacie się, o co chodzi w książce? Jeszcze przez długi czas od zaczęcia lektury będziecie zadawać sobie te pytania. Autorka rzuca nas w samo centrum wydarzeń zupełnie nowej rzeczywistości. Początkowo ciężko zorientować się jakimi prawami rządzi się ten świat. Pierwsze wyjaśnienia podawane są skwapliwie i mimochodem. Cenne informacje pojawiają się w bardzo różnych momentach, dlatego czytelnik przez cały czas musi zachować czujność. I to aż do samego końca. Miałam wrażenie, że świat opisany w Firstlife cały czas skrywa przede mną sekrety. Wciąż dowiadywałam się czegoś nowego i to w najmniej oczekiwanym momencie.

Tak bardzo skomplikowana rzeczywistość z jednej strony była zaletą, z drugiej zaś czasami utrudniała odbiór powieści. Przez cały czas można było się spodziewać niespodziewanego. Zwroty akcji w tej powieści są na porządku dziennym, czytelnik jest nieustająco zaskakiwany nie tylko przebiegiem wydarzeń, ale również nowymi mechanizmami, o których wcześniej nie miał pojęcia. I zasada ta bywała niestety nadużywana przez autorkę. Nie zliczę, ile razy ktoś komuś wyskoczył zza pleców, okazało się, że niemożliwe jednak jest możliwe, albo wyszło na jaw, że znowu nie wiemy wszystkiego. Momentami bywało to męczące. Aż w końcu dałam sobie spokój z ogarnięciem tego wszystkiego swoim umysłem i popłynęłam dalej z akcją.

Do połowy książki, kiedy bohaterzy poruszają się po jednej lokalizacji, wszystko da się jeszcze uchwycić. Akcja płynie dynamicznie, wartko i wciąż na nowo przykuwa uwagę czytelnika. A potem okazuje się, że był to jedynie początek. W pewnym momencie „coś” puszcza, a to, co uważałam za dynamiczną akcję, okazuje się ledwie rozgrzewką. Gdyby Firstlife było grą komputerową, idealnie pasowałoby określenie Hack and slash. Nasi bohaterzy biegają jak poparzeni, skaczą, walczą, zdobywają nowe umiejętności, znowu walczą, kopią, gryzą, uciekają i atakują. Nie usiądą nawet na chwilę. A jeśli już zamykają oczy to wyłącznie dlatego... że tracą przytomność. Ani chwili spokoju, dosłownie!

W książce kryje się jeszcze sporo ciekawych relacji międzyludzkich. Obydwie frakcje robią wszystko by zdobyć Ten. W tym celu wysyłają swoich przedstawicieli. Układy z nimi to kwestia bardzo płynna. Nastawienie Ten cały czas się zmienia, a to trzyma czytelnika w niepewności. Autorka wciąż mnoży argumenty to za jedną, to za drugą stroną. Ciekawe są również postacie drugoplanowe, chociaż niektóre wątki można byłoby rozszerzyć. Przykładowo nigdy nie dowiadujemy się, co skłoniło strażników do takiej... hm... pracy.

Ale ta historia ma również drugie dno. Usuwając na bok akcje i fantastyczną kreację, warto zadać sobie pytanie o cenę wolności. Opór Ten nie raz sprawia wrażenie pozbawionego sensu, by nagle zyskać naszą pełną aprobatę. I chociaż okoliczności są nietypowe, problem pozostaje ten sam. Kto decyduje o naszym życiu? My sami? A może nasi rodzice, wrogowie, podświadome lęki czy namiętności?

Firstlife zaskoczyło mnie i „rzuciło na kolana”. Jest tym, co uwielbiam w młodzieżowej fantastyce, czyli nieskrępowanym powiewem świeżości. W wykreowanym przez autorkę świecie nic nie jest typowe, oklepane czy skopiowane. Każdy mechanizm, każda prawidłowość to twór jej wyobraźni. A trzeba przyznać, że nie ma ona żadnych ograniczeń. I chociaż momentami przesadzała z akcją czy nagromadzeniem zwrotów wydarzeń, całość czyta się lekko i z rosnącym zainteresowaniem. Co będzie dalej? Do samego końca wszystko jest możliwe. A nawet... później. Firstlife to dopiero pierwszy tom przygody, w której każdy ma drugie życie. Z pewnością sięgnę po następny!


środa, 12 kwietnia 2017

Koszmar Morfeusza


Miłość i namiętność nie zawsze idą ze sobą w parze. Ale kiedy tak się dzieje, powstaje wyjątkowo ognisty związek. Taki, który nie tylko rozpala wszystkie zmysły, ale grozi... poparzeniem. W takim starciu rozum nie ma szans. Nie pozostaje nic innego, jak otworzyć szeroko ramiona i oddać się... zatraceniu.

Tytuł: Koszmar Morfeusza
Cykl: Mafijna miłość (tom 2)
Autor: K. N. Haner
Wydawnictwo: Helion

Cassandra nie prosiła się o związek z Adamem. Na dobrą sprawę miał to być tylko niezobowiązujący seks. Przygoda na jedną. Okazało się, że mężczyzna nie tylko zdominował jej ciało, ale też serce. I nie byłoby w tym nic złego, gdy nie to, że Adam ma wiele sekretów i tajemnic. A część z nich... zagraża jej życiu. Na dobrą sprawę powinna wyjechać, dociąć się, zerwać wszelkie kontakty. Zamiast tego coraz bardziej brnie w świat, który wcale nie chciałaby poznać. Coraz bardziej zbliża się do rzeczywistości Adama. Ale czy jest to warte swojej ceny?

Wiele razy czytałam erotyki reklamujące się hasłem „zakazana przyjemność”, zapewniające, jak niesamowicie są niegrzeczne czy jak wyuzdane sceny opisują. Z uwielbieniem wyłapywałam wszelkie hasła nawiązujące do sado-maso czy przemocy. To jest obecnie modne, wręcz nie wypada opisywać seksu bez kilku klapsów. I wiele razy czyniłam te same zarzuty. Gdzie ta brutalność? Gdzie ta bezwstydność? Albo nic nie można zrozumieć, albo gasną światła. Bo przecież kilka klapsów to żadna rozpusta, o co więc chodzi z całą tą otoczką? Jedno jest pewne. Wszystko, co czytałam do tej pory, to mały pikuś przy Koszmarze Morfeusza. Ta książka zdecydowane powinna być oznaczona jako 18+. Bezwstydna, brutalna, wyuzdana i erotyczna do granic możliwości. Autorka nie straszy nas groźnymi panami, ona pokazuje nam ich w pełnej krasie. To już nie tylko seks namiętny do granic możliwości, to również najdziksze fantazje i najbardziej okrutne wynaturzenia. Przywykliśmy już od opisów brutalnych morderstw w kryminałach, ale do agresywnego seksu... jeszcze nie. Dlatego od razu uprzedzam, otwieracie tę książkę na własne ryzyko :)

Jeśli jednak to zrobicie, to poza niepohamowaną namiętnością, czeka Was też sporo zwrotów wydarzeń. Początkowo akcja nie prowadzi nas w żadnym konkretnym kierunku. Jednak pod sam koniec raptownie przyspiesza, a jej zakończenie jest równie nieprzewidywalne, co zaskakujące. I nie mam bladego pojęcia, co wydarzy się w następnym tomie. Gdybym nie wiedziała, że jest w planach, nawet nie przypuszczałabym, że ta historia jeszcze się nie zakończyła. A tak? Wciąż zastanawiam się co będzie dalej.

Paradoksalnie w Koszmarze Morfeusza jest niewiele... Morfeusza. Tak jak i w poprzedniej części, tak i w tej zakończenie zwieńczone jest jego perspektywą. Uwielbiam narrację Adama i mam nadzieję, że kontynuacja będzie zawierać więcej jego partii. Te facet ma w sobie coś, co ułatwia wiele spraw. Podczas gdy Cassandra rozkłada wszystkie na czynniki pierwsze, on „mówi jak jest” i ma to swój niewątpliwy urok.

Muszę przyznać, że główna bohaterka czasami mnie irytowała. W pewnym momencie miarka się przebrała. Każdy normalny człowiek uciekłby z krzykiem. O ile w pierwszej części mogłam uwierzyć w toksyczną miłość, o tyle w drugiej miałam wrażenie, że gna ją do Adama już tylko zasada konwencji. Tam samo jak do seksu. Tak niesamowicie niewyżytej bohaterki ze świecą szukać. Cassandro! Uspokój się!

Wszystko to nieuchronnie prowadzi do dramatów. Tak, nie jednego, a kilku! Haner bez najmniejszych skrupułów szarpie emocjami czytelników. Raz łamie nam serce, innym razem bulwersuje, a potem nagle otula romantyzmem i czułością. Oj tak, ta powieść to zaprzeczenie nudy czy monotonii, a nawet harmonii. Wszystko, co dobre i złe jest w niej możliwe.

Koszmar Morfeusza nie jest książką dla każdego. Pomijając pełnoletność, o której już wspomniałam, wymaga od czytelnika stalowych nerwów i gotowości... na wszystko. Wyobraźnia Haner nie ma granic. Tak samo, jak koszmarny świat Morfeusza. Jeśli tylko masz odwagę... wejdź i przekonaj się... czy dasz radę z niego wyjść.


Recenzje pierwszej części przeczytasz tutaj.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Czarodziejka


Zagadka kryminalna jest niczym puzzle. Na początku widzimy jedynie zbiór pozornie przypadkowych elementów. Po chwili jednak dostrzegamy pierwsze powiązania. Im dłużej próbujemy, tym wyraźniejszych kształtów nabiera obraz. Aż w końcu mamy przed oczami wszystko, rozwiązanie zagadki, powody oraz przyczyny. Jednak ten moment to tylko wisienka na torcie. Jeśli historia była dobra, już samo jej „układanie” było przyjemnością. Zobaczcie, czy warto było posiedzieć przy Czarodziejce.

Tytuł: Czarodziejka
Autor: Agnieszka Płoszaj
Wydawnictwo: W.A.B.

Mania to dobra dziewczyna. Niestety ma też skłonność do złych chłopców. Może właśnie z tego powodu, gdy jej ukochany Mariuszek jest oskarżony o zabójstwo, za nic nie dopuszcza do siebie myśli, że może być winny. Ale to nie koniec problemów dziewczyny. Niedawno o przechowanie pewnej paczki poprosiła ją stała klientka jej kawiarni. Ledwie kilka dni później kobieta ginie w podejrzanych okolicznościach. Dziewczyna może polegać wyłącznie na swojej przyjaciółce, Julii. Ale... ona również zdaje się mieć więcej sekretów i problemów, niż skłonna byłaby przyznać. Nic do siebie nie pasuje. Jednak ktoś zabił starszą panią. Tylko kto?

Kryminały, częściej niż jakikolwiek inny gatunek, mają tendencję zaczynać się w podobny sposób. Najpierw musi ktoś zginąć. Często pierwsze sceny stanowią retrospekcję i wprowadzenie tajemniczego klimatu. Dzieje się tak i tym razem. Czarodziejka prezentuje pierwsze elementy historii w sposób może nie sztampowy, ale zdecydowanie klasyczny. Nie jest to jednak żaden minus, ale fakt. Tak samo, jak to, że późniejszy rozwój wydarzeń umyka jakikolwiek schematom. Pierwsze pięćdziesiąt stron to prezentacja poszczególnych elementów historii. Autorka wrzuca nas w sam środek życia jej bohaterów, ale nie zagadki, o nie! Ta chronologicznie zaczyna się i kończy w obrębie jednej powieści. Gdy zaś chodzi o losy postaci, można zauważyć wyraźnie, że toczyły się one jeszcze przed akcją Czarodziejki. Ich biografie zostały tak dobrze dopracowane, że momentami zastanawiałam się, czy nie ma wcześniejszego tomu. Tajemnice z przeszłości stanowią kolejną, obok wątku głównego, tajemnicę. Mam wrażenie, że kiedyś więcej książek pisało się w ten sposób. Obecnie wszystko, co istotne musi dziać się na oczach czytelnika. A przecież to, co ukształtowało bohaterów, jest równie ciekawe, jak bieżąca akcja.

Jeśli już o tym mowa, to w powieści nie można narzekać na brak zwrotów wydarzeń. Sama książka liczy sobie ponad 400 stron, a mimo to nie znajdziecie w niej dłużyzn czy przegadanych scen. Wręcz odwrotnie, każda sytuacja może nieść w sobie cenną garść informacji. Przeoczenie paru zdań może utrudnić nam zrozumienie późniejszych nawiązań, których w historii jest sporo. Głównie dlatego, że autorka splata w jedną opowieść naprawdę dużo wątków. Poza bazowym śledztwem pojawia się również kwestia życia osobistego bohaterów. Coś iskrzy, ktoś czuje motyle w brzuchu, ale...

Całe szczęście te wzniosłe uczucia nie przysłaniają nam najważniejszego. Zbrodni oczywiście. Warto podkreślić, że literacka przestępczość ponownie zajrzała do Łodzi. Kolejna pisarka zdecydowała się skorzystać z łotrzykowskiego klimatu miasta. I to z ogromnym sukcesem. Pojawiające się w tle opisy dzielnicy czy miejsc są nie tylko wierne rzeczywistości, ale też ciekawe.


Jestem mieszkanką Łodzi i muszę przyznać, że ta powieść bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Na początku nie oczekiwałam po książce wiele. Jednak z każdą stroną coraz bardziej zanurzałam się historii, by ostatecznie nie móc oderwać się od czytania. Niektóre zwroty akcji czy rozwiązania, może faktycznie były trochę na siłę, ale tak bardzo polubiłam niegrzeczną Julię, że mogłam jej wybaczyć te kilka fantów od losu. To była naprawdę przyjemna zagadka i bardzo udany debiut autorki. Z pewnością sięgnę po jej następną książkę!

piątek, 7 kwietnia 2017

Klara na tropie



Czasem nie łatwo uciec od starych nawyków. Zwłaszcza jeśli należą do nich nagłe skoki adrenaliny, nieplanowane pościgi czy akcje z narażeniem własnego życia. Ale przychodzi taki moment, kiedy należy się zatrzymać i powiedzieć sobie „stop”. Wydorośleć. Opanować dziecinne potrzeby. Zacząć być odpowiedzialnym. Jednak czy życie wbrew sobie... warte jest przeżycia?

Tytuł: Nowe śledztwa Klary Schulz. Tajemnica Nathaniela
Autor: Szagdaj Nadia
Wydawnictwo: Bukowy las

Klara nie może się pozbierać po ostatnich wydarzeniach. Ledwie chwilę temu otarła się o śmierć. Dla dobra śledztwa zaryzykowała życie swoje i swojej córki. Znudzona żona. Bezmyślna matka. Kapryśna kobieta. Tak mówi o niej prasa, a ona sama ma o sobie nie lepsze zdanie. Żyjąc w cieniu samej siebie, próbuje ukoić nadszarpnięte nerwy. Jednak z dnia na dzień wcale nie jest lepiej. Sprawę pogarsza fakt, że była miłość Klary potrzebuje pomocy i to... podczas śledztwa. Czy kobieta ponownie zaryzykuje wszystko, co ma? A może tym razem gra nie jest warta ryzyka?

Nowe śledztwa Klary Schulz. Tajemnica Nathaniela to już czwarty tom przygód Klary. Niepokorna pani detektyw próbuje zerwać ze swoją „pasją” i oddać się życiu rodzinnemu. Książka zaczyna się od rozbudowanego wątku osobistego. Sposób, w jaki bohaterka przeżywa swoje emocje, jest dla czytelnika jednocześnie interesujący i przejmujący. Absorbuje tak bardzo, że łatwo zapomnieć o gatunku książki. A jest to powieść kryminalna i to z niesamowitą intrygą. Zanim jednak do niej przejdziemy, poznajemy skomplikowany świat nie tylko Klary, ale również innej kobiety. Jej perspektywa stanowi ciekawy wgląd w mentalność XX wieku. Razem ze śpiewaczą zajrzymy w wiele interesujących i niebezpiecznych miejsc. Tę podróż dodatkowo uprzyjemnią nam zamieszczone fotografie. Zgonie z opisem na okładce Nowe śledztwo jest powieścią ilustrowaną. Jest to określenie trochę na wyrost. Zdjęć zamieszczono ledwie kilka, jednak ich obecność dodatkowo podkreśla klimat i charakter historii.

Atmosfera minionej epoki wyczuwalna jest już od pierwszych stron. Podczas czytania można dać się parować skocznej burlesce czy zapomnieć podczas spacerów wąskimi uliczkami. Jest klimatycznie, lekko dekadencko i bardzo retro. Miłośnicy powieści z wątkiem historycznym będą zachwyceni.

Nie zapominajmy jednak o najważniejszym, o wątku kryminalny. W książkach z morderstwem w tle najbardziej nie lubię schematów. Kryminały kojarzą mi się z prostym przedstawieniem tematu, najpierw dzieje się coś złego, a następne policjant/prokurator/detektyw próbuje ustalić co. Wszystko jak na tacy. Tym razem zagadka wprowadzana jest do historii powoli, bez pośpiechu, za to ze sporym wyczucie. Taktownie, strona po stronie czujemy się coraz bardziej zafascynowani tajemniczymi samobójstwami. Dodatkowo Klary cały czas się z nami droczy. Niby chciałaby się zająć sprawą, a jednocześnie nie... Ta zabawa z główną bohaterką nadaje całości nietypowej nutki niepewności.

Sama intryga jest nie tylko porywająca, ale skonstruowana dokładnie tak jak lubię. Misternie zaplanowana, inteligentnie rozegrana i fascynująco rozstrzygnięta. Autorka odwołuje się do rozsądku czytelnika, co jakiś czas podrzucając nowy trop. Analizowanie akcji podczas tej lektury ma sens! Da się zauważyć zamieszczone wskazówki i wysunąć na ich podstawie swoje hipotezy.

Jedyne, co nie przypadło mi do gustu, to ostateczne rozwiązanie wątku osobistego Klary. Jej problemom poświęcono tyle uwagi, że również finał powinien stanowić wielkie zamknięcie. Tymczasem bieg wydarzeń zakończony został w sposób tak klasyczny, że ciężko tak naprawdę potraktować go jako wyjaśnienie. Nie. Zdecydowanie nie lubię takiej drogi „na skróty”.

Jak już wspomniałam, Nowe śledztwo to czwarty tom serii i rzeczywiście warto po niego sięgnąć w tej kolejności. W zakresie intrygi kryminalnej wszystko jest poprawnie. Zagadka zaczyna się i kończy w obrębie jednego tomu. Jednak jeśli chodzi o życie osobiste Klary, stanowi ono bardzo istotny wątek i jednocześnie bezpośrednią kontynuację poprzednich części. Ale to jeszcze nie koniec. Klara nie zamierza rozstawać się z nami na dłużej. Sposób, w jaki zakończono książkę, sugeruje, że spokojnie możemy wyczekiwać jej następnej przygody. Nie wiem jak Wy, ale ja... już nie mogę się doczekać :)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Wierzę w szczęście

 
Pędzimy, biegniemy, wszędzie chcemy być na czas, a najlepiej na wczoraj. Rządzą nami deadliny i asapy. Mamy mnóstwo obowiązków: służbowych, rodzinnych, towarzyskich. I coraz mniej czasu, coraz szybciej kręci się nasz zegarek. Nie ma chwili na wytchnienie, a na szczęście? Czy wciąż mamy czas, by po prostu się uśmiechać?
 
Tytuł: Wierzę w szczęście
Autor: Beata Pawlikowska
Wydawnictwo: Edipresse

Beata Pawlikowska, znana podróżnik, kobieta orkiestra i człowiek... szczęśliwy. Jak przekonuje nas w każdej swojej publikacji, żyje w zgodzie ze sobą i pragnie tego samego nauczyć innych. I właśnie w tym celu wydaje 12 tomowy cykl na temat szczęści. Tym razem zapraszam Was na recenzję poświęconą drugiej części.

Już od pierwszych stron widać, że autorka wyciągnęła wnioski z poprzedniej publikacji. Drugi tom zaczyna się tego, czyli tego, czego do tej pory bardzo brakowało, czyli od... instrukcji. Dzięki niej wiemy, jak przeprowadzić nasz kurs szczęścia. Z poprzedniego tomu korzystałam raczej "po omacku", nie wiedziała ile czasu, powinnam na niego zagospodarować i jak wydzielić sobie poszczególne fragmenty. Tym razem jest inaczej. Autorka zaplanowała książkę na 30 rozdziałów. Każdy z nich przewidziany jest na jeden dzień i zajmie nam maksymalnie 15 minut. To właśnie jego przeczytanie ma być jedną z pierwszych rzeczy, które robimy po przebudzeniu. Ale to nie wszystko. Konieczny jest również długopis. Każdy rozdział mamy zatytułować datą i zakończyć własną refleksją. I to jest... bardzo fajne. Po pierwsze dlatego, że codzienny pozytywny rytuał optymistycznie nastraja na cały dzień. Po drugie dlatego, że dzięki robieniu notatek rzeczywiście skupiamy się na tym, co czytamy.

A co dokładnie możemy znaleźć w treści? Mówiąc jednym zdaniem, ten tom to zbiór pozytywnych myśli, przyjemnych afirmacji, zachwytów nad życiem. Każdy rozdział skupia się wokół konkretnego tematu. I nie jest to jego dogłębna, psychologiczna analiza, ale porozrzucane i lekko posklejane motywujące przesłania. Skupiając się wyłącznie na wartości merytorycznej, możemy się poczuć rozczarowani. Autorka nie zdradza nam sekretów życia, nie mówi nic, o czym nie wiedzielibyśmy sami. Jednak sposób, w jaki konstruuje myśli napawa czytelnika optymizmem i dobrym nastawieniem. Co więcej, czasem nawet oczywiste sprawy podane w dobrym momencie, okazują się mieć dla nas zbawienny skutek. Mając w głowie myśl z danego dnia, łatwiej jest pokonać trudności.

Od strony technicznej, ta książka stanowi przyjemną publikację. Twarda oprawa z radosną grafiką pasuje stylistycznie do pierwszego tomu. Dodatkowo zakładka zdecydowanie ułatwia nam codzienne korzystanie z książki. W środku poradnika tradycyjnie znajdziemy rysunkowe obrazki wykonane przez autorkę oraz zakreślenie najważniejszych cytatów. Drugi tom mniej szaleje z kolorami. W poprzedniej części co jakiś czas pojawiały się żółte strony, tym razem jest spokojniej.

Druga część naszego podręcznego kursu szczęści to na pewno krok we właściwym kierunku. Widać, że jest lepszy od poprzedniego od strony technicznej i niezmiennie bardzo pozytywny. Czy jednak sam optymistyczny przekaz wystarczy na kolejne 10 tomów? Jestem bardzo ciekawa czy autorka nas czymś zaskoczy.


środa, 29 marca 2017

Nie wierz jej...



Każde małżeństwo ma swoje życie, o którym nie wie nikt inny. Plany, marzenia, wzloty, upadki. Intymne chwile i codzienne momenty. Czas, który spędzają razem lub obok siebie. Ale każde małżeństwo ma też swoje... tajemnice. Brudy i sekrety skryte za zamkniętymi drzwiami. Odważysz się tam zajrzeć? Dasz radę przekroczyć granicę nieswojego życia? 

Tytuł: Co kryją jej oczy
Autor: Sarah Pinborough
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Wokół tej książki zrobił się całkiem spory szum. Chociaż zaintrygował mnie już sam opis, zamieszanie dookoła sprawiło, że jeszcze bardziej chciałam ją przeczytać. Dlatego kiedy tylko książka trafiła w moje łapki, natychmiast zabrałam się do lektury.

Louise zdobywa nową pracę, doskwiera jej jednak męża. Kiedy w barze spotyka mężczyznę swoich marzeń, czuje, że wygrała los na loterii. Ale tylko pozornie. Szybko okazuje się, że niedoszły ukochany jest... jej szefem. Co gorsze, ma też żonę, która okazuje się fajną babeczką. Początkowo historia przypomina klasyczny trójkąt. Mąż, żona i kochanka. Na skutek zbiegów okoliczności ich relacje stają się coraz bardziej zażyłe. Ale czy aby na pewno to wszystko jest czystym przypadkiem? Co dzieje za małżeńskimi drzwiami? Poważny kryzys? A może coś zupełnie innego? Kto kręci? Kto kłamie? Kto jest ofiarą, a kto oprawcą?

Co kryją jej oczy to książka, która wciąga już od pierwszych stron, co chwilę zmieniając swoje oblicze. Na początku jest niczym dobra powieść obyczajowa, powieść o kryzysie w małżeństwie. Znamy perspektywę żony i kochanki. Każda kocha, każda chce Jego dla siebie i każda na swój sposób ma rację. Ciężko w tej sytuacji wskazać tą złą i tą dobrą. Tym razem nie ma jednej zwyciężczyni moralności, co na swój sposób jest przewrotne. Co więcej, jeśli czytelnik myśli o małżeństwie lub jest po oficjalnie wypowiedzianym „tak”, niektóre z poruszanych zagadnień mogą dać mu do myślenia. Nie zawsze jest to łatwa, czy przyjemna refleksja. Niektóre tematy mogą poleć, wywoływać nieprzyjemne skojarzenia czy budzić skryte lęki.

Całości towarzyszy nieustannie budowane uczucie napięcia. Na początku tylko drobne podszepty z tyłu głowy, kilka dziwnych słów, czy zdań, które tak łatwo przeoczyć. Aż w pewnym momencie masz pewność. Coś w tej historii nie gra! Ktoś kłamie! Tylko kto? W pewnym momencie czytelnik czuje się jak w pułapce. Tyle pytań, a żadnych odpowiedzi! I to jest... rewelacyjne uczucie!

Co kryją jej oczy nie jest również typową powieścią z zagadką w tle. Pod ogromną warstwą problemów i niedomówień, kryje się coś jeszcze, coś czego nie sposób przewidzieć, a co ostatecznie sprawia, że zakończenie dosłownie rzuca na kolana. Dzięki niecodziennym wątkom, historia pełna jest dynamiki i akcji. Nie sposób narzekać na bieg wydarzeń, bo nawet gdy bohaterzy tylko rozmawiają, w każdym słowie może tkwić drugie dno. Zaintrygowani? Słusznie!

Jedno jak to ja, muszę też trochę ponarzekać. Na logikę bohaterów, a konkretnie jej brak w kluczowym momencie. Jedno czy dwa zachowania wzbudziły moją wątpliwość. Było zbyt odruchowe, może nie zupełnie nieprawdopodobne, ale jednak obarczone sporym ryzykiem. I jednocześnie idealnie pasowało do planu, aż zbyt idealnie jak na tak niepewne działanie.

Podsumowując, uważam, że Co kryją jej oczy to rewelacyjny thriller, historia od której nie sposób się oderwać ani po przeczytaniu, wyrzucić ze swojej głowy. Co jest prawdą, a co kłamstwem? Jedno jest pewne... nie wierz tej historii. Ani na chwilę! Ale uwierz mi, warto ją przeczytać!

poniedziałek, 27 marca 2017

Ostre, pieczone orzeszki


Czy przekąski muszę być niezdrowe? Czy jeśli sięgamy po orzeszki, to zawsze te sklepowe? Okazuje się, że zrobienie czegoś ostrego do piwa nie jest takie trudne. Wystarczy tylko kilka składników :) To jak? Chrupiemy?

Składniki:

  • 1 białko
  • 125 gram orzeszków
  • 2 łyżeczki ostrej papryczki
  • łyżka słodkiej papryczki
  • 2 łyżeczki ziół
  • łyżeczka sambal oelek (wersja ekstremalna)
Bardzo prosta receptura:


  1. Białko ubijamy na sztywną pianę.
  2. Dodajemy przyprawy, mieszamy. 
  3. Dodajemy orzeszki i delikatnie obtaczamy je pianką, a następnie przekładamy do naczynia żaroodpornego.
  4. Pieczemy 25 minut w temp. 180 st. W połowie czasu mieszamy orzeszki.

Tu mnie znajdziesz

Copyright © 2015 Przepisy i książki na widelcu
| Distributed By Gooyaabi Templates